Tryptyk o smoku, część III – ostatnia

  • przez

Kliknij tutaj, aby najpierw przeczytać część I.

Kliknij tutaj, jeśli chcesz przejść od razu do drugiej.

O czym to my tam-ten-teges w poprzednich częściach? A! No tak. Mamy króla Progresa IV, który zapatrzony w swe dzieło, nawet zaślepiony swoją potęgą dał się zaskoczyć smokowi Fýsi-emu, pokiereszować stołeczny gród i zeżreć sobie córkę – jak by nie było – królewnę (co za nieapetyczna profanacja stanu szlacheckiego, ah! te bajki). Mamy też idealną królewnę Czystoszkę, która dobrowolnie dała się pożreć (co za nieapetyczna…) smokowi Fýsi-emu, co jednak nie doprowadziło do jej końca, a raczej nowego początku, dzięki czemu z przesłodzonego ideału przemieniła się w… no właśnie, w co? W Ertunię. Ale kim jest Ertunia?

To może po kolei. Wróćmy do komnaty tronowej.

Król Progres IV siedział na swym tronie w opustoszałym pomieszczeniu (jak bowiem pocieszyć władcę? lepiej się dyskretnie wycofać i poczekać na rozwój zdarzeń). Nie dbał już o swoją posturę, nie promieniała z niego duma i lekko udawana troska. W tej chwili czuł ból. Ból duszy tak potężny, że wszystkie członki ciała odczuwały go w sposób nieznośny. Kroniki milczą na temat tego jak długo władca tak siedział. W tym czasie nikt w całym zamku nie śmiał nawet głośniej się odezwać. Chyba całe królestwo dumało razem ze swym władcą. W pewnym momencie król się wyprostował i krzyknął:

– Służba!

A gdy pojawił się wierny lokaj Lizobcas, Progres już ciszej, tonem zdecydowanym i nieznoszącym sprzeciwu wyrzekł te słynne słowa:

– Siodłać mojego konia!

Chyba każdy przywódca w każdej bajce marzy o tym, żeby to powiedzieć. To oznacza: „będzie się działo, jestem zdecydowany na wszystko, niech się dzieje wola Autora, ale ja się nigdy nie poddam, a wy, moi poddani, pójdziecie w śmiertelny bój razem ze mną”. Czy jakoś tak. Lizobcas nie znał się jednak na bajkach, nie poczuł powagi sytuacji, odważył się więc nieśmiało odezwać:

– Ależ panie, zebranie wojska po obronie grodu zajmie sporo czasu.

– Powiedziałem siodłać MOJEGO konia! Wyruszam natychmiast. Sam.

„Natychmiast później”, a więc po czasie niezbędnym na osiodłanie wspaniałego królewskiego wierzchowca, Progres siedział już w swoim bogato zdobionym siodle w pełnym jeździeckim rynsztunku i wydawał hetmanowi ostatnie rozkazy:

– Czekać na mnie, nie podejmować żadnych akcji. Jeśli w ciągu jednego księżyca nie wrócę, uznacie mnie za martwego.

Miesiąc księżycowy, 28 dni – tyle zostawił sobie czasu na załatwienie swoich spraw. Nie będziemy tu opowiadać ze szczegółami o tym jak wyglądała droga króla. W bajkach zresztą i tak zaniedbuje się temat żywienia, trawienia, bytowania i wszystkich banalnie podstawowych czynności, trzymajmy się tej konwencji. Dość powiedzieć, że w końcu Progres stanął na skraju Dzikich Kniei z niewątpliwym zamiarem wejścia weń… wnie… yyy… do nich. Do środka znaczy.

Ale, ale! Wasza Wysokość! Tak z bronią, w pełnym rynsztunku, wierzchem w dzikie ostępy? A gdzie pokora? Gdzie szacunek? Czegoś się przecież musiałeś nauczyć! Nie masz władzy absolutnej. Nie jesteś panem wszechświata. Tak, oczywiście – pokora i szacunek dla Fýsi-ego, dla dzikich ostępów. Król niewiele myśląc zsiadł z konia, obciążył go insygniami, bronią i swoim drogocennym odzieniem wierzchnim i odprawił do domu, a raczej do stajenki. Sam zaś, jeno w bieliźnie, niepewnie wszedł w puszczę.

I znowu kroniki milczą jak długo przedzierał się przez niezmierzony gąszcz. Szedł przed siebie, nie zastanawiając się nad kierunkiem, nie odczuwając trudów podróży, zmęczenia, głodu i chłodu (przecież to bajka). W końcu wyszedł na polanę, przystanął i zobaczył JĄ, to znaczy ONĄ, no tę, której szukał.

– Czystoszko! – Padł do jej stóp. – Wybacz mi!

– Kim jesteś? Jak mnie nazwałeś?

­– Jestem twoim ojcem, królem Progresem IV, a ty jesteś moją córką, królewną Czystoszką.

– Nie, nie jesteś królem. Jesteś człowiekiem. I choć jesteś częścią Wszechrzeczy, masz wolną wolę. Pozbądź się wszystkiego, bądź gotowy na śmierć, a otrzymasz życie.

„Co ona bredzi?” – pomyślałby król, gdybyśmy mieli zaplanowaną jeszcze czwartą część tryptyku, który nie byłby wówczas tryptykiem. Zamiast tego przelecimy sobie skrótem, bo przecież te opowiastki znamy już na pamięć. Na niektórych z nas działają jak zaklęcie (bardzo krótkotrwałe), innych nudzą. Pomińmy więc łaskawym milczeniem cały proces „oświecania” Progresa.

Dalej zresztą to już banał: król zrozumiał swoje błędy, poczuł wewnętrzną przemianę, pieszo wrócił do stołecznego grodu wzbudzając powszechny podziw i uwielbienie, zaprzysiągł poprawę i współistnienie z Fýsim, słowa dotrzymał i żyli długo i szczęśliwie. A! No i jeszcze otoczył wiecznym kultem Ertunię.

Morału też nie będzie. Zamiast tego, Czytelniku, opowiedz sobie tę historię jeszcze raz, po swojemu. Opowiedz ją swoim dzieciom, znajomym partnerce/partnerowi. Pozwól tej bajce żyć jak żyły dawne pieśni trubadurów. Karm ją swoją energią, swoim dobrem. To Ty decydujesz kim jest Progres IV, Fýsi, Ertunia i kolorowe postacie z drugiej części. Uczyń tę powiastkę swoją bajką. Może też dasz się pożreć Fýsi-emu?

P.S. Część symboli wymyślona przez Gosię, za co autor bardzo dziękuje.