Tryptyk o smoku, część I

  • by
Smok w Dzikiej Kniei

Za siedmioma czymśtasiami w grodzie otoczonym fosą i wielkimi murami żył sobie król. Królowie, jak wiadomo, bywają różni. Historia bajek zna ich całe mnóstwo – od bezmyślnych, zapatrzonych w siebie, niegospodarnych, nietolerancyjnych szumowin, aż po światłych, mądrych, sprawiedliwych, przedsiębiorczych gospodarzy. Cóż… wszak bajki nie są aż tak bardzo oderwane od rzeczywistości. Może nawet wcale nie są? Może po prostu w otępiałych od hollywoodzkich historyjek umysłach zatraciliśmy już umiejętność komunikowania się za pomocą symboli? Sprawdźmy!

A zatem, jako się rzekło, za kilkoma czymśtasiami był gród, w którym urzędował król. Zwał się ów władca Progres IV. Ale jakże to? Miał być tryptyk o smoku, nie o jakimś królu! Cierpliwości, spokojnie – zawiązuję akcję, daj mi się rozkręcić. Przecież smoka trzeba w czymś osadzić. Będzie i smok, obiecuję.

Ech! Gorąca krew! Na czym to ja? Aha! Król Progres IV. Król był władcą, o którym się mówi „gospodarny”. Budował, inwestował, wspierał rozwój i postęp. Poddanym w jego królestwie żyło się dostatnio, na niczym im nie zbywało. Progres lubił wieczorami stawać na balkonie swojego zamczyska i obserwować biegających jeszcze za różnymi niecierpiącymi zwłoki sprawami poddanych. Wiedział, że lud, który ma „chleb i igrzyska” będzie go uwielbiał. Organizował więc od czasu do czasu jakieś spędy, darmowe koncerty, pikniki i inne imprezy. Zawsze przy tym dbał, żeby rozbawiony tłum widział komu zawdzięcza tak przednią zabawę.

Tak mijały lata w królestwie Politismós.

Pewnego razu, gdy Progres siedział w komnacie tronowej, przyjąwszy uprzednio swoją dobrze wystudiowaną zamyśloną, a nawet zatroskaną posturę, drzwi rozwarły się z impetem. Do środka wpadł zziajany posłaniec krzycząc od progu:

– Panie mój, nieszczęście! Fýsi zmierza w naszą stronę!

– Smok!? – Wrzasnął przerażony władca (no i masz swojego smoka, Czytelniku).

– Tak! Zmierza w naszym kierunku od strony Dzikich Kniei.

– A skąd ma zmierzać? Przecież tam mieszka. – Żachnął się władca. – Natychmiast zwołać Radę Królewską! Wysłać wojska na mury, zamknąć wszystkie bramy do grodu, podnieść mosty, przygotować się do obrony.

– Tak jest!

Doradcy zjawili się błyskawicznie, jakby czekali na wezwanie za drzwiami. Z daleka słychać było głuche dudnienie. Król przerażony wsłuchiwał się w odgłos, jakby chcąc ocenić odległość od zagrożenia.

– Panie i panowie – tak, w tej bajce obowiązują parytety, wszak mężczyzna też swój rozum ma i może być doradcą króla – zapewne już znacie sprawę?

– Tak, jaśnie panie.

– Jakie były ostatnie żądania bestii?

– Smok żądał między innymi zaprzestania wycinki Dzikich Kniei – sprawdził archiwista Knigopek.

– Przecież potrzebujemy budulca dla naszych miast, opału do naszych pieców.

– Królu – zdyszany głos posłańca – Fýsi atakuje mury.

– Nie odstępować ani na krok! Odrąbać łeb bestii!

– Panie – nieśmiało wtrąciła mędrczyni Samochwałka – Knigopek użył zwrotu „między innymi”. Czego jeszcze smok żądał?

Wszyscy spojrzeli wymownie na archiwistę. Ten, poczerwieniały ze strachu, wyszeptał:

– Królewny Czystoszki…

– Zamknąć królewnę w lochu! Schować ją w najmniejszej celi! Zabarykadować, wystawić straże, schować, ukryć, chronić…

Król darł się wniebogłosy, a tymczasem złowrogie odgłosy nasilały się, zbliżały. To już nie był głuchy pomruk przypominający oddalającą się burzę. Teraz już było słychać wyraźnie ryki, łoskot, a nawet pojedyncze okrzyki obrońców.

– Radźcie, jak ochronić gród, jak ochronić królewnę – zwrócił się Progres do swojej Rady Królewskiej.

Zanim padła jakakolwiek odpowiedź, do sali tronowej wpadł następny posłaniec:

– Panie, obrona upada.

– Wzmocnić załogą zamtuza… to znaczy kazamatów. Wzmocnić załogą kazamatów! Wykonać!

Przez otwarte okna komnaty dał się słyszeć donośny ryk, wrzaski przerażonych ludzi, w nozdrza uczestników narady wdarła się woń spalenizny. Progres IV siedział jak sparaliżowany na swoim tronie, sztywno, wyprostowany. Na jego obliczu malowało się przerażenie i bezradność. Nikt nie śmiał się odezwać, nikt nie podszedł do okna zobaczyć co się dzieje w grodzie.

Odgłosy z zewnątrz narastały, ściskały gardła obecnych, wdzierały się do ich serc, druzgocąc resztki tlącej się odwagi. Już nikt nie miał wątpliwości – mściwy smok Fýsi wdarł się do miasta i zmierza prosto w kierunku zamku. Nic go już nie powstrzyma.

Przez głowę niejednego z królewskich doradców przeszła szalona myśl, że może by poświęcić królewnę, oddać ją na pożarcie bezwzględnemu napastnikowi, uratować w ten sposób gród, jego mieszkańców, zamek i ich samych – skazanych po takim czynie na wieczną hańbę doradców króla Progresa IV. Żadne słowo nie wydostało się jednak z ust przerażonych uczestników narady.

Potężny ryk, bardzo już bliski wstrząsnął murami prastarego zamczyska. Smok był tuż obok. Nastała cisza, jedna z tych pamiętnych, mrożących krew w żyłach chwil, po których można już tylko umrzeć. Lecz śmierć tego dnia jakby zmieniła zdanie. Odwróciła się niezdarnie i powoli ulatywała z serc zebranych wraz z wyraźnie oddalającymi się krokami potwora.

Drzwi komnaty powoli się otworzyły, ukazało się niewinne, uperlone płaczem oblicze jednej z dworek.

– Panie – wychlipała w wyczekującą w napięciu ciszę – królewna… pożarta…

Ta krótka nowelka ma trzy części, ciąg dalszy dostępny tutaj.