O smoku Zygmuncie i rycerzu Zygfrydzie

  • by

Dawno temu, w czasach kiedy smoki chodziły po ziemi, żył sobie pewien smok. Miał na imię Zygmunt. Zygmunt był pogodnym, uśmiechniętym smokiem i wbrew temu, co się mówi o smokach nie jadł owieczek, księżniczek, ani innych ludzi. Zygmunt był wegetarianinem. To znaczy, że jadł tylko rośliny, a najbardziej mu smakowały świeże listki koniczyny i marchewka.
Niestety Zygmunt był bardzo samotnym smokiem. Wszyscy się go bali. Jak tylko go widzieli, to krzyczeli:
– Ratunku! Smok! Uciekajmy!
I uciekali, gdzie pieprz rośnie. Zygmunt stawał zasmucony i myślał, że nigdy nie znajdzie towarzystwa. Pewnego razu postanowił, że coś z tym trzeba zrobić. Spakował swój mały tobołek, ogarnął wzrokiem swoją jaskinię i wyruszył w drogę. Postanowił, że nie spocznie, póki nie znajdzie przyjaciela.
Gdzieś w odległej części królestwa samotnie podróżował pewien rycerz. Był już bardzo doświadczonym rycerzem. Właściwie, to osiągnął już prawie wszystko, czego rycerz mógł pragnąć. Wygrał wszystkie turnieje, wszystkie boje, uwolnił chyba tysiąc księżniczek samotnie uwięzionych w wieży. Jedyne, czego jeszcze nie osiągnął, to pokonanie smoka. Pragnął tego ze wszystkich sił. Postanowił, że nie spocznie, póki nie pokona smoka.
Pewnego ranka, kiedy rycerz jadł śniadanie, usłyszał jakiś huk. W pierwszej chwili myślał, że to burza, ale odgłos przypominał raczej dudnienie. Bardzo rytmiczne dudnienie. Tak! To może być tylko dudnienie… smoka, który stąpa gdzieś w pobliżu i zapewne szuka jakiejś księżniczki na pożarcie.
– Niedoczekanie! – krzyknął rycerz i wskoczył na swojego dzielnego rumaka.
Pogalopował w stronę coraz głośniejszych odgłosów stąpania smoka. Gdy wyjechał z lasu, zobaczył ogromną bestię, rozglądającą się za czymś do pożarcia. Rycerz spiął konia, pochylił swoją kopię, i jak na odważnego rycerza przystało, krzyknął ostrzegawczo. Zaatakował z całym impetem, ale w ostatniej chwili smok uskoczył robiąc miejsce dla rozpędzonego konia. Rycerz zawrócił i zaatakował ponownie. Z tym samym skutkiem. Po piątym bezskutecznym ataku rycerz zatrzymał zdyszanego rumaka, podniósł przyłbicę i krzyknął w stronę smoka:
– Dlaczego nie stajesz do walki, tchórzu?!
– A dlaczego mam z tobą walczyć? – odpowiedział smok z bardzo zdziwioną miną.
– Bo jesteś okrutnym smokiem, ziejącą ogniem bestią, która pożera księżniczki, a ja jestem rycerzem, który ratuje świat.
Smoka bardzo zdziwiły słowa rycerza. Spojrzał na niego swoim dobrotliwym wzrokiem i powiedział najłagodniej jak umiał:
– Nie chciałbym ci sprawić zawodu, ale nie widziałem nigdy żadnej księżniczki. Właściwie, to ja w ogóle nie jem mięsa. Najbardziej lubię świeże listki koniczyny i marchewkę. Mam na imię Zygmunt, a ty?
– Jestem rycerzem Zygfrydem z Bździanowa. Znają mnie wszyscy, bo jestem najdzielniejszym rycerzem na świecie.
– Bardzo miło mi cię poznać, Zygfrydzie. Czy w takim razie mógłbyś mi pomóc?
Teraz to Zygfryd się zdziwił. Spojrzał nieufnie na smoka, nie bardzo wiedząc co zrobić. Trzeba jednak wiedzieć, że prawdziwy rycerz nigdy nie odmawia pomocy, nawet smokowi. Smok Zygmunt, nie doczekawszy się odpowiedzi, powiedział o co chodzi:
– Jestem bardzo samotnym smokiem. Nie mogę znaleźć przyjaciela, bo wszyscy się mnie boją. Gdy tylko wchodzę do miasta lub wsi, zaraz wszyscy uciekają ze strachu. Jak więc mam znaleźć przyjaciela?
– Myślę, że mógłbym ci jakoś pomóc… – odpowiedział Zygfryd.
Do dzisiaj tak naprawdę nie wiadomo dlaczego Zygfryd zgodził się pomóc Zygmuntowi. Może po prostu „chciał mieć bestię na oku”? Dość powiedzieć, że zajął się swoją nową misją z wielkim zaangażowaniem. Wędrowali razem od wsi do wsi, od miasta do miasta. Za każdym razem rycerz w pełnym rynsztunku wjeżdżał do miejscowości i ogłaszał gromkim głosem wszem i wobec:
– Ludzie, słuchajcie! Jestem wielkim rycerzem, który wygrał wiele turniejów, bitew i uwolnił chyba tysiąc księżniczek. Ale takiego widoku nie widziałem jak świat długi i szeroki. Poznałem wspaniałego smoka, który jest niezwykle przyjacielski, miły i sympatyczny. Nie skrzywdził nigdy nikogo. Żywi się wyłącznie roślinami, a najbardziej lubi zielone liście koniczyny i marchewkę. Ludzie! To niesamowite! Niedługo ten dobrotliwy smok zawita do waszej miejscowości, żeby znaleźć jakąś bratnią duszę.
Za każdym jednak razem skutek był ten sam: mieszkańcy chowali się w popłochu w piwnicach lub uciekali do pobliskich lasów. Gdy Zygmunt przychodził do miasta, lub wsi, miejscowość wyglądała na całkowicie opuszczoną.
Smok z rycerzem niestrudzenie wędrowali tak przez wiele lat. Przeszli cały kontynent z północy na południe i z zachodu na zachód. Którejś nocy Zygfryd, najwyraźniej nie mogąc zasnąć, nieśmiało powiedział do smoka:
– Zygmuncie, wędrujemy tak w poszukiwaniu przyjaciela dla ciebie przez wiele lat. Chyba już czas się pogodzić z tym, że nie znajdziemy twojego szczęścia.
– Ależ Zygfrydzie! – odpowiedział smok – Ja jestem najszczęśliwszym smokiem na świecie.
– Jak to? Przecież nie znaleźliśmy dla ciebie przyjaciela.
– My nie, ale ja znalazłem. Ty, dzielny rycerzu, jesteś moim przyjacielem i za to ci dziękuję z całego serca.
Rycerz zamyślił się, by po chwili powiedzieć z przekonaniem:
– Tak, smoku. Jestem twoim przyjacielem. Dobranoc, przyjacielu.