List znaleziony pod drewnianą podłogą starego domu

  • by
List

Chciałem ten list po prostu zamieścić bez żadnego komentarza. Wyrwany z kontekstu, wyjęty z ówczesności. On jest jednak jak cierpka przyprawa wyciągnięta z doskonale skomponowanej potrawy – smakuje tylko w połączeniu z całą resztą. Jest jak życie praprzodka pozbawione kontekstu okoliczności, które nauczycielka historii uparcie wciska podopiecznym do głów. Jak decyzja podjęta w oderwaniu od krajobrazu, który ją zrodził.

Nie znam tamtejszej rzeczywistości. Nie wiem kto, do kogo i w jakich zawirowaniach historycznych go napisał. Nie znam nawet w całości jego treści – czytelne są jedynie fragmenty. Stworzyłem mu więc całkiem nowy kontekst, nowy świat, okulary, przez które czytam go już po raz kolejny. I choć bohaterowie pozostają anonimowi – być może zmarła już ostatnia osoba, która ich pamięta – on rysuje we mnie pędzelkiem uczuć bogate, przepełnione barwą obrazy.

Oto więc jest dom. Stara rudera zagubiona gdzieś w industrialnej pustyni. Decyzja już zapadła – rozbiórka. Przecież to jest świetne miejsce na nowoczesne osiedle. Póki co jednak wchodzę do domu sam. Rozglądam się. Resztki desek na podłogach, farby i tapet na ścianach. Mebli już dawno nie ma. Obok tego, co kiedyś było piecem kaflowym miejsce po ognisku, zapewne opalanym ramami okiennymi. Opiekuńczość domu jest ujmująca – w fatalnym stanie, zaniedbany, porzucony, rozkradziony – on cierpliwie udzielał schronienia tym, którzy przyszli, poprosili.

Wyobrażam sobie ludzi, którzy tu mieszkali. Codzienną zawieruchę miotającą bezimiennych bohaterów po świecie. Oby oni też znaleźli swój dom. Oto przede mną siedzi młoda kobieta. Ból wypisany na jej twarzy kłuje mnie w serce. Z kącika jej oka wypływa kolejna kropla cierpienia, zastyga na chwilę w powietrzu, potem roztrzaskuje się na trzymanej delikatną dłonią kartce, zmieniając kształtne litery. Dłoń jakby nie wytrzymuje ciężaru, powoli wypuszcza zamienioną w papier tęsknotę. List spływa na podłogę i znika.

Podchodzę do miejsca, w którym powinien leżeć. Czuję, że tkwi tam cały czas, uwięziony w dziejach. Odrywam deskę, potem drugą. Nie wierzę oczom, przecież przed chwilą mnie oszukały. A jednak jest. Dotykam pożółkłej kartki papieru z ledwo dającymi się odczytać kształtnymi literami. Oto jego treść:

Najdroższa!

Jestem emigrantem. Emigrowałem z Twojego życia po cichu, jak wilk ze śmiertelnie zabawnej obławy. Ocean przeszedłem na piechotę. Teraz jestem już tu – tutaj zaczynam stare życie.

Chcesz wiedzieć jak tu jest? Szaro. Moje wypalone łzami oczy nie widzą kolorów. Prześwietlną biel niewinności zostawiłem na Twoich ustach. Czerń… cóż, pewnie zabrał ją Czas, co leczy rany. Wokół mnie jest film w odcieniach szarości, bez kontrastów i rozpiętości tonalnej. Równie obcy, niewyraźny i daleki jak ten, który oglądaliśmy w obwoźnym kinie.

Dźwięków nie ma wcale. Cisza zalewa moje pokąsane obelgami uszy. Nie usłyszę więcej wyzwisk i oskarżeń. Ty je usłyszysz i w nie uwierzysz. Bo oni kłamią tak prawdziwie, że każdy uwierzy. Ja również i dlatego uciekłem. Jutro będę zdrajcą. Dzisiaj mnie nie ma.

[Fragment nieczytelny]

O prawdę się nie martw. Słowo w najbardziej naturalny sposób podlega mechanizmom demokracji – im więcej ust je powtórzy, tym bardziej prawdą się staje.

Prześwietlona klisza moich wspomnień ożywa obrazami tych chwil, które spędziliśmy razem – jakże nielicznych i odległych, przed chwilą wypowiedzianego „na zawsze razem”. Jesteśmy razem, czyli osobno. A jednak, gdy…

[Reszta nieczytelna]

I jeszcze jedna refleksja:

List jest napisany na papeterii z napisem „The Ashborough Tree Hotel”. Nie znam się na technikach drukarskich, ale logo hotelu wygląda, jakby było narysowane ołówkiem, ale nie jest zatarte wskutek działania czasu. Może to jakiś fałszywy ślad zostawiony przez autora? Może cały ten list jest napisany szyfrem? Wszak historia zna takie przypadki.

fot. Miko

Autorem fotografii jest Miko.