Bartnik Bartek

  • przez

Dawno lub niedawno, za kilkoma czymśtasiami, żył sobie Bartek. Bartek, jak wiadomo chociażby z tytułu, był bartnikiem. Żył sobie więc samotnie bartnik Bartek w puszczy i opiekował się leśnymi pszczółkami.

Wolny czas Bartek spędzał w swojej chałupince bez prądu i centralnego, za to z ogromnym piecem. Siadał sobie wystawiając bose stopy w kierunku paleniska i dumał. Nie, nie – nie był rodzajem myśliciela. Był lekko-pół-rozgarnięty (ale poczciwy), co oczywiście nikomu jeszcze w dziejach bajek nie przeszkodziło popaść w zadumę.

Nad czym to ten nasz Bartek tak dumał? O tym kronikarze bajek milczą. Chyba chodziło o coś na kształt jakowejś niewiasty. O czymże wszak samotny facet żyjący w chałupince bez prądu i centralnego może dumać?

Wiemy już prawie wszystko co potrzebujemy wiedzieć o Bartku, przejdźmy zatem do „pewnego razu”.

Pewnego razu Bartek zapakował swój wyrafinowany sprzęt i wyruszył do najdalej oddalonej ze swoich barci – wielkiej dziupli w prastarej lipie, która zapewne pamięta jeszcze czasy Czerwonego Kapturka. Jak zwykle cierpliwie i z poświęceniem Bartek przeszedł trudy i znoje podróży. Parafrazując klasyków: gaik, steczka, mostek, rzeczka i już witał się z gąską… to znaczy z pszczółką.

No właśnie! Po złożeniu u podnóża lipy swojego drogocennego sprzętu Bartek stwierdził, że coś tu jest nie tak. Wokół niego latała wyjątkowo niesforna pszczoła. Niby normalne, ale im bardziej Bartek starał się ją ignorować, tym bardziej namolna się stawała.

Nie na żarty się Bartek przestraszył – był bowiem, trudno w to uwierzyć, ale przecież to bajka – bartnikiem-dziewicą. To znaczy, nigdy nie użądliła go pszczoła. Nie, żeby nasz bohater bał się bólu, ale zupełnie nie bajkowo bał się, że może mieć uczulenie. I co wtedy? Kaplica!

Darł się więc nieborak wniebogłosy, próbując uciekać. I cóż z tego? Na samym czubku nosa poczuł ten ostry ból. A więc stało się! Udziabała go, jędza. Teraz to już tylko czekać na zgon.

Każda śmierć jest jednak początkiem życia, a ta była inna, niż się Bartek spodziewał. Po użądleniu Bartkowego kinola namolna pszczółka opadła bowiem z sił. Jeszcze walczyła, jeszcze trzepotała skrzydełkami, ostatecznie jednak jej drobne ciałko opadło bez ducha na zielonym kobiercu babki szerokolistnej.

Ochłonąwszy nieco Bartek rozejrzał się w poszukiwaniu zdradzieckiego owada. I znalazł, zobaczył ją leżącą wśród zieleni w tej ostatniej smutnej i zdziwionej pozie. Już „formacja mrówek opalonych na brąz” szykowała się do niedbałego pochówku, już trąbka trzmiela wygrywać zaczęła dzieło Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, już motyl smutno załopotał skrzydełkami żegnając namolną duszyczkę żółto-pasiastej… Lecz cóż to?  Oto na drobniutkie ciałko spada czysta, niewinna łza bartnika, przepojona empatią i szczerym żalem, pomimo bólu użądlonego kinola.

I wtedy stał się zwykły bajkowy cud. Rutynowy jak zdobycie Czomolungmy pięćdziesiąty raz z rzędu. Oto niegdyś martwe ciałko pszczółki zaczęło rosnąć, puchnąć, zmieniać kształt i już to przed zdumionym obliczem Bartka pojawia się przepiękna Bartolomea.

– Niezła z ciebie pszczółka… – szepnął oszołomiony.

Bartolomea spojrzała na bartnika zalotnie i już miała wyjechać ze standardowym w tej sytuacji tekstem o szczerym, dobrym sercu, że dziękuję ci wybawco, na zawszem twoja i żyli długo i szczęśliwie, ale nie! Zamiast tego ten nierozgarnięty, nieobyty z babską materią prymityw palnął z wyrzutem:

– Użądliłaś mnie! Jak mogłaś? A może jestem uczulony? Chciałaś mnie zabić.

Bardziej obyty w relacjach damsko-męskich (w ogóle międzyludzkich) bez trudu odgadnie, że to była iskra na beczce prochu. Rozpętało się istne piekło. Prawdopodobnie po dziś dzień Bartek i Bartolomea łażą po niezmierzonych, dzikich, bajkowych puszczach i żrą się jak, nie przymierzając, chłop z babą.