Baba

  • by

Przez rzepaki żółcie… żółcą… piękną żółcią zalewające pola aż po horyzont, przez pszenicę gdzieniegdzie uchwaszczoną chabrem lub makówką, przez zagajniki dumnie przypominające prastare polskie puszcze, przez gościńce tak lekkomyślnie zalane smolistą substancją ropopochodną szedła baba.

Wiem – mówi się „szła”. Pisze się też „szła”, ale to był babochłop. Bary takie, że z niejednym niedźwiedziem w szranki mogłaby stawać, a co dopiero z facetem. Zwłaszcza, że teraz to wszystko cherlawe takie i chorowite. Nie to co dawne chłopiska! Udo miała jak talia indyka, a biceps jak Pudzianowski udo. Tak – kawał chłopa był z tej baby!

Szedła więc baba dniami i nocami. Szedła przez miasta, miasteczka, wsie, wioseczki i przysiółki. Schodziła ojczystą ziemię wzdłuż i wszerz. Z północy na południe, ze wschodu na zachód. Albo odwrotnie – nikt już nie pamięta gdzie zaczęła, nikt nie wie gdzie skończy. Schodziła tak ziemię obficie zbrukaną krwią przodków w poszukiwaniu miłości. Bo w tak wielkim ciele też bije serce, a każde serce potrafi kochać.

Pewnego razu baba spotkała kurdupla. Niezbadane są wybory serca bijącego w tak wielkim ciele! No i masz! Się wzięła, głupia, zakochała! Zakochała miłością apodyktyczną, despotyczną, bezkompromisową. Miłością taką samą, jaką kurdupel kochał swój kraj. Miłością, która kocha swoje wyobrażenie i rzeźbi obiekt tego uczucia na podobieństwo swojej imaginacji.

Chyciła więc kurdupla za wszarz (tak – chyciła – była tak wielka, że „w” zniknęło gdzieś, gdzie nikt go już więcej nie widział), podniosła lekko jak dwudziestotonowy dźwig podnosi siatkę z zakupami babci-emerytki, wsadziła go pod pachę i dalejże uchodzić z miejsca zbrodni! Nie było łatwo. Pokonała bodyguardów ze Służby Ochrony Państwa, zmiażdżyła doborowe oddziały policji, zmiotła w pył barykady Wojsk Obrony Terytorialnej, rozpirzyła kiboli-patriotów, jak zawsze pokojowo nastawionych do lewackiej antify i wtedy… wtedy na jej drodze, w świetle jupiterów stanął ON.

Piękny i przystojny w jednym ciele, wzrok lekko nieobecny – stał wyprostowany na jej drodze. Lecz ona tylko wyjęła z przepastnej kieszeni jakiś papier i wcisnęła go w rękę oszołomionemu kurduplowi. ON, zawsze przygotowany, natychmiast dobył piękny, pozłacany długopis i rzucił się na ratunek. To był odruch, mgnienie oka i już baba mknęła w siną dal z kurduplem pod pachą i podpisanym świchulcem w dłoni (historia milczy czym był ów świchulec).

A tam – w sinej dali – baba tak długo i tak mocno kochała swojego kurdupla, aż on ją w końcu… pokochał. Bo suwerenowi się nie odmawia.

Okim, 27.11.2020